20 Sep

24 listopada kończy pan 63 lata. Urodziny to dla pana pretekst do refleksji, podsumowań?

KS: Już tyle razy obchodziłem urodziny, że mi się skończyły refleksje, a podsumowania ograniczam do ostatniego roku, który był pracowity. Nie lubię rocznic, bo wykorzystuje się je do promocji, często niepotrzebnie i na siłę. Wiele razy wywierano na mnie taką presję. Wolę proponować słuchaczom nowe projekty, a nie liczyć lata. Jednak osiągnięcie obecnego wieku jest dla mnie o tyle istotne, że moja karta mobilizacyjna traci ważność. Już od 24.11.2024 nie będę musiał realizować zaleceń w niej zawartych. 

Strasznie dużo zamieszania wywołała pańska wypowiedź o tej karcie mobilizacyjnej.

KS: To już moja druga karta mobilizacyjna. Pierwsza była z czerwonym paskiem (karta mobilizacyjna z czerwonym paskiem oznacza, że jej adresat ma obowiązek w razie ogłoszenia mobilizacji lub w czasie wojny, stawić się do czynnej służby wojskowej w terminie natychmiastowym albo danego dnia mobilizacji o określonej w karcie godzinie). A ta ostatnia była z zielonym paskiem, czyli mogę już ruszać (karta mobilizacyjna z paskiem koloru zielonego – stanowi dla żołnierza rezerwy, informację o nadaniu mu przydziału mobilizacyjnego w zakresie grupy zabezpieczenia ukompletowania, bądź na uzupełnienie jednostek wojskowych w czasie wojny – red.). Na szczęście urodziny ten obowiązek zakończyły. 

Czy te karty mobilizacyjne miały związek z tym, że jest pan lekarzem? 

KS: Nie wiem, nie jestem specjalistą od wojskowości.

Wciąż jest pan lekarzem na pełen etat?

KS: Mam własną praktykę lekarską - jestem na samozatrudnieniu. Od bieżącego roku stopniowo ograniczam jej zakres. Zakończyłem swoją 20-letnią współpracę z Fundacją „Żyć z Chorobą Parkinsona”. Niedługo kończę też 38-letnią pracę w szpitalu, zatem nie będzie mnie już w publicznej służbie zdrowia, od przyszłego roku zostawię sobie tylko dwa prywatne gabinety. Chcę się skupić na swojej piosence autorskiej.

W pana życiu pierwsza była medycyna czy muzyka?

KS: Najpierw zostałem lekarzem, a dopiero po kilku latach - w r. 1990 - publicznie człowiekiem estrady. Interesowałem się muzyką jako meloman. Od czasów liceum szczególnie upodobałem sobie piosenkę jako formę artystyczną wyrażania siebie i opisywania świata. Z tego wzięła się własna twórczość. Po raz pierwszy swoje utwory zaprezentowałem przed dużą widownią w roku 1981 podczas studenckich strajków okupacyjnych na Akademii Medycznej. Była to idealna okazja, aby przed przychylną widownią, wielokrotnie wykonywać swój repertuar. Wtedy był wielki głód kultury niezależnej. Okazało się, że nagrania z moimi piosenkami były spontanicznie kopiowane. Dzięki temu występowałem trochę w latach 80. w drugim obiegu. Uważałem to tylko za przygodę i nie wiązałem swojej przyszłości z regularnymi występami. W roku 1989 moi koledzy namówili mnie, żeby utwory, które zebrały mi się w szufladzie jakoś wydać, zaprezentować światu, a najlepiej zrobić to w formie bigbitowej i tak powstały „Elektryczne gitary”.

Dlaczego pan poszedł na medycynę?

KS: Mocno zadziałał na mnie przykład mojej mamy, która była wybitnym psychiatrą. Obserwowałem ją podczas pracy, nawet jeździłem z nią na dyżury, kiedy nie miała, co ze mną zrobić, nocowałem z nią razem w Tworkach, chodziłem na obchody, przyglądałem się również pracy ambulatoryjnej. Myślę, że zaimponowała mi swoim podejściem do chorych i to pewnie odezwało się później u mnie przy wyborze zawodu.

Przez całe swoje dorosłe życie był pan dwuzawodowcem, lekarzem i artystą. Czy pacjenci traktowali poważnie lekarza, który występuje na scenie, a z drugiej strony, czy koledzy artyści oczekiwali od pana porad lekarskich?

KS: Pomagam chętnie koleżankom i kolegom artystom, jak tylko potrafię. Pacjenci na szczęście mnie nie rozpoznają. Schorzenia neurologiczne budzą duży lęk i chorzy w stresie nie mają głowy do interesowania się prywatnymi sprawami swojego lekarza. Traktują mnie jak każdego innego neurologa.

Żarty pan sobie robi. Jest pan bardzo cenionym neurologiem.

K.S.: Przyznaję, że kolejkę mam długą prawie na rok. Oczywiście zdarza się, że pacjenci podejmują temat mojej działalności estradowej, ale ostatnio bardziej chwalą moje dzieci. Chętnie rozmawiam o sztuce podczas wizyty, bo taki nieformalny kontakt i trochę luzu wobec nieprzyjemnych spraw zdrowotnych jest chorym potrzebny.

Był taki czas, wcale niekrótki w pana karierze artystycznej, kiedy cieszył się pan ogromną popularnością. Jak pan łączył koncerty z pracą lekarską i z życiem?

K.S.: To był obłęd. Nie polecam nikomu. Dawałem radę, bo byłem młody i zdrowy. Poza tym pracowałem kompulsywnie uciekając od problemów osobistych. Dydaktyka, działalność usługowa i naukowa plus estrada dawały się z trudem pogodzić przez pierwsze 10 lat. Nie umiałem skończyć z graniem, dlatego z bólem rezygnowałem z pracy naukowej i szpitalnej. Właściwie dopiero przez ostatnie 10 lat złapałem równowagę - ogarniam pracę jedną i drugą. Mam około 50 koncertów rocznie. To pozwala jeszcze na wykonywanie drugiego zawodu.

Nigdy pan nie chciał zrezygnować z pracy lekarza?

K.S.: Nie. Praktyka lekarska jest psychicznie bardzo nagradzająca i ciężko się z nią rozstać, ciężko odpuścić ten kawałek życia.

A praca artysty?

K.S.: Oczywiście też, ale ona przebiega w innym rytmie, w innym cyklu i można sobie robić przerwy, można też powracać z jakimiś projektami artystycznymi w odpowiednim momencie. Nie ma takiego ciągłego zobowiązania, jak w przypadku pracy lekarskiej.

Tęskni pan czasem za taką popularnością z okresu „Kilera”, czy płyt „Na krzywy ryj”, „A ty co?

K.S.: Tamta popularność pozwoliła mi się dostać do kanonu popkultury. Korzystam z niej do tej pory, promując nowe utwory, oraz wykonując dawny repertuar z Elektrycznymi Gitarami. Uważam jednak, że moja popularność była za bardzo rozdmuchana. Zajmuję się od początku piosenką niszową, która jakimś przypadkiem, szczęśliwym zrządzeniem losu została wypromowana. A mój prawdziwy żywioł to jednak jest to, co robiłem w latach 80., czyli występy w klubach, mieszkaniach, na małych scenach, bezpośredni kontakt z widownią, poprzez piosenkę nie obojętną, reagującą na bieżący kontekst. W ostatnich latach takich koncertów mam najwięcej i to mi pasuje.

Niedawno ukazała się pana najnowsza płyta „Pani Bóg”. W odbiorze muzycznym jest trochę oldskoolowa. Teksty komentujące rzeczywistość w mocnych słowach, gitara. Dla kogo pan tak naprawdę tworzy?

K.S.: Zaczynam od siebie. Sam chcę się dobrze czuć z tym, co prezentuję na płycie i przed widownią. Istnieje nadal publiczność interesująca się tą formą przekazu, jaką jest piosenka artystyczna. Tym razem proponuję tej właśnie widowni program oparty w większości na utworach z ostatnich lat oraz kilku starych - poprawionych. Brzmienie płyty powierzyłem wirtuozom elektrycznej gitary jazzowej, specjalistom „new acoustic” i „gypsy swing”. To muzycy z którymi współpracuję od r. 2017 - gitarzyści Sebastian Ruciński i Tomasz Wójcik. Towarzyszy im na basie Kosma Kalamarz. Do niektórych chórków zaprosiłem najmłodszą córkę Zosię Sienkiewicz (podobnie jak na poprzedniej płycie „Moja bańka”). Zapewne słuchacze zwrócą uwagę na wspaniałe improwizowane i melodyczne partie gitar. W tekstach jak zwykle u mnie sprawy trudne podane lekko oraz sprawy błahe podane ciężko, czyli zabawa słowno-muzyczna, czasem całkiem na serio.

Pewna amatorskość jest ich atutem?

K.S.: Partie gitar są w pełni profesjonalne, a mój głos - no cóż, trzeba wytrzymać. Nie ma perkusji - to może być atutem albumu „Pani Bóg”. Kompozycje - raczej przystępne, żeby dały się zaśpiewać i zagrać przez każdego niedzielnego gitarzystę. Teksty - pewnie że amatorskie, ale wieloznaczne, pozostawiają słuchaczowi pole do własnych skojarzeń. Muszę wspomnieć, że algorytmy na niektórych serwisach cyfrowych od razu - już pierwszy singiel, czyli piosenkę „Piękne dni” a następnie cały program „Pani Bóg” zakwalifikowały jako blues. Tym samym debiutuję jako bluesman i oczekuję na zaproszenia ze strony krajowych scen bluesowych.

W swoich tekstach często komentuje pan rzeczywistość. Półtora roku temu, czyli jeszcze za rządów poprzedniej władzy udzielił pan wywiadu, że dla artysty zaangażowanego takiego jak pan - im gorzej, tym lepiej. Jest o czym śpiewać i z czego się pośmiać. Bardzo często publicznie krytycznie wypowiadał się pan na temat tamtej rzeczywistości politycznej. Teraz jest się z czego pośmiać?

K.S.: Sytuacja jest nadal dynamiczna, głęboko podzielone społeczeństwo, wiele zagrożeń zewnętrznych i wewnętrznych, czyli czasy jak zwykle przejściowe. W takich warunkach piosenka artystyczna ma się dobrze. Opresyjność czasów dobrze służy sztuce, ale do pewnych granic. Kiedy jest spokój rodzi się eksperyment. Kiedy jest ucisk - sztuka staje się zaangażowana. Ale kiedy jest katastrofa, to nie ma sztuki w ogóle. Obyśmy nie musieli tego przerabiać. W piosence „Wolność jest straszna”, całkiem na serio śpiewam, że wolność jest trudna i niewygodna, ale trzeba ją nieść i dbać o nią. Dziś możemy poetycko komentować rzeczywistość i się bawić w sztukę. Warto to docenić.

Wspomniał pan o Zosi Sienkiewicz, z którą pracował pan przy swoich ostatnich dwóch płytach, ale muszę zapytać o dwoje pana innych dzieci, Kasię i Jacka, którzy tworzą zespół Kwiat Jabłoni. Jakie to uczucie był znanym artystą tak jak pan i w pewnym momencie odkryć, że więcej piszą o pana dzieciach niż o panu?

K.S.: To jest uczucie wielkiej ulgi i satysfakcji, że im się udało. W moim pojęciu sytuacja taka zdejmuje ze mnie presję na dbanie o własną promocję. Podświadomie czuję, że  moje dzieci kontynuują coś napoczętego przeze mnie. I zupełnie mi nie przeszkadza, że ich sukces jest większy. To nowe pokolenie perfekcjonistów. Dbają o każdy detal występu. Są wyedukowani muzycznie i mają warsztat. Konsekwentnie promują swój przekaz pro-zwierzęcy i wegański. Ja tak nie umiałem funkcjonować, ale przynajmniej oni wiedzą, jak to robić. Uważam, że w ogóle muzyka na świecie jest coraz lepsza, a Kasia i Jacek w tym zjawisku uczestniczą.

Zachęcał pan ich do wykonywania muzyki?

K.S.: W domu i w samochodzie było dużo różnej muzyki, chodzenie na koncerty, ja się zajmowałem estradą, wiele razy zabierałem dzieci na swoje występy, organizowaliśmy w kręgu rodziny i znajomych wspólne muzykowanie - folkowo-jazzowe jam session. Taka praktyka muzyczna wystarczyła, żeby przekazać pasję.

Jak wyglądały takie domowe jam session?

K.S.: Najpierw w domu, potem w różnych klubach zbieraliśmy się w grupie pasjonatów wspólnego grania. Niektórzy nasi goście naprawdę umieli grać. Zapraszaliśmy kogo się dało, specjalistów od new acoustic, jazzu i folku. Z czasem dzieci przejęły kontrolę nad tymi jam session i same tym sterowały. Było to takie wstępne doświadczenie muzyczne i pół-estradowe.

Czy ich popularność pana zaskoczyła?

K.S.: Martwiłem się o Kasię. Od bardzo młodego wieku na pytanie - kim chce zostać, odpowiadała konsekwentnie, że chce być gwiazdą estrady. I prawdę mówiąc mnie to przerażało, bo wiedziałem, jak nieprzewidywalna jest kariera w popkulturze, jak bardzo rządzi przypadek i też obserwowałem, jak głęboką frustrację przeżywają różni ludzie, którzy chcieli na tej estradzie funkcjonować, a im nie wyszło. Dlatego kiedy Kwiat Jabłoni odniósł sukces, poczułem wielką ulgę. Kamień spadł z serca.

Był pomysł, żebyście kiedyś razem wystąpili?

K.S.: Kasia z Jackiem przez kilka lat akompaniowali mi podczas moich koncertów solowych. Zaprzestaliśmy tej praktyki, kiedy założyli zespół Hollow Quartet i wystartowali do talent show. Wówczas uznaliśmy, że nie będziemy się razem pokazywać, żeby nie było niezdrowych domysłów co do ich ewentualnych sukcesów na estradzie. Udało się - dopiero po kilku latach odsłoniliśmy publicznie nasze związki rodzinne.

A teraz?

K.S.: A teraz jesteśmy tak zapracowani, że na razie nie myślimy o wspólnych projektach, ale kto wie. Wszystko jeszcze przed nami.

Comments
* The email will not be published on the website.